BLOGGER TEMPLATES - TWITTER BACKGROUNDS

wtorek, 8 grudnia 2009

Pampuć w kuchni

Papciat upiekł dzisiaj muffiny. Bardzo proste. Zupełnie sam. Moje działanie ograniczyło się do:
- podania ilości składników,
- roztopienia masła (bo nie chciałam, żeby Małe latało mi pod nogami, gotowałam akurat coś innego)
- demonstracji, jak trzymać jajko przy rozbijaniu,
- równym rozmieszczeniu masy w foremkach, bo zaczęło nam się spieszyć.
Małe za to:
- odmierzyło mąkę, cukier, masło, przyprawy
- wsypało wszystko do miski
- wbiło jajka
- wlało roztopione masło i mleko
- ładnie wymieszało
- z grubsza powkładało do formy.
Wyrosły śliczne i smaczne, chociaż przydałyby im się jakieś owoce w środku (ale Papciat nie lubi, więc nie było mowy). A w ogóle to muffiny zostały upieczone na pociechę Uczennniczce, która dzisiaj miała zawody, a nie zdobyła w nich żadnego punktowanego miejsca i było jej smutno.

Muffiny Papciata ad hoc
W misce wymieszać 2 i 2/3 szklanki mąki, 3/4 szklanki cukru, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 2 łyżeczki przyprawy do piernika i szczyptę soli. Wbić 2 jajka, wlać roztopione 5 dag masła (duża łyżka) i szklankę mleka, niedbale wymieszać. Piec ok. 30 min w 180 stopniach.
Robić fotki nie mam czasu - ale wyrosły rozkosznie i bardzo są ładne.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Gałąź białego bzu

Pamiętacie?

Na krawędziach dni wisi szara mgła
Wiatr tą kurtyną targa i w niebo gna
I wtedy czasem błyśnie błękit i biel
Gdy coraz więcej barw pojawia się
W jesiennej melancholii krętych dróg
Stuka do okien bram, podchodzi pod nasz próg

Zieleń się w złoto zmienia, srebro i brąz

Korowód tylu barw rusza przed nami w pląs
Na niebie obłok zwija żagle różowe
Bo księżyc już rozpina gwiazdami tło granatowe

Codziennie się staramy, by zrobić podobny cud
Zamienić szarość ziemi w złocisty chleb i miód
Lecz nam to idzie ciężko, czasami tak jak na wspak
Dopomóż w tym nam, Panie, podpowiedz jak
Daj nam więcej siły, więcej siły więc daj
Uczyń w naszym sercu maj, zielony gaj
Niech nas nie poszarza pracy codzienny trans
Niech się czasem zdarzy nam tych kilka szans
Nie ma Twojej winy w tym, że jest jak jest
Ale dla nas zdobądź się na mały gest
Chleba w blasku słońca, wina w blasku gwiazd
Nie opuszczaj murów tych bezbarwnych miast

Szaro-rdzawy mur, bure stada chmur
Tak jakby mury wzięły chmury za wzór
I tylko gdzieś, w oddali, do okna stuk
Gałąź białego bzu...
To wiatr na okarynie przypomina dawny czas
Choć wkoło ciemna noc a księżyc siwy głaz

Że przecież obiecano wino i chleb
O którym ślepy śnił, głuchy usłyszał szept
Od których pąsowieje kwitnący sad
Ryba przy brzegu lśni, zwierzę zostawia ślad

Codziennie się staramy, by zrobić podobny cud
Zamienić szarość ziemi w złocisty chleb i miód
Lecz nam to idzie ciężko, czasami tak jak na wspak
Dopomóż w tym nam, Panie, podpowiedz jak
Daj nam więcej siły, więcej siły więc daj
Uczyń w naszym sercu maj, zielony gaj
Niech nas nie poszarza pracy codzienny trans
Niech się czasem zdarzy nam tych kilka szans
Nie ma Twojej winy w tym, że jest jak jest
Ale dla nas zdobądź się na mały gest
Chleba w blasku słońca, wina w blasku gwiazd
Nie opuszczaj murów tych bezbarwnych miast
Marek Grechuta

Nie bez powodu to się nazywa "Pieśń wigilijna". Kilka dni temu na własne oczy widziałam Świętego Mikołaja. Właśnie takiego, o jakim opowiadam dzieciom - przebranego za nas samych.
To nie był łatwy dzień. Całe przedpołudnie spędziłam w bibliotece. Kręgosłup dokuczał bardzo-bardzo. Potem wreszcie odebrałam bilety na "Dziadka do orzechów", te, co mi ich nie chcieli wydać, bo nie miałam legitymacji dziewczynek. Tym razem legitymacje miałam, bilety wydali, dla Papciata sprzedali wejściówkę.
Potem galopem pognałam po Małe i z powrotem, również galopem, do ortopedy. Małe było szczęśliwe, ponieważ do przedszkola przyszedł Święty Mikołaj i podrzucił im malutkie prezenty - laleczkę, plastikowego ptaszka, arkusz naklejek z bajecznie kolorowymi motylami...
Cały czas oglądała te prezenty, u lekarza też, kiedy eks podwoził nas po Duże do szkoły, małe nic, tylko nawijało radośnie o prezentach i recytowało wariacje na temat "Entliczka-pentliczka". Czego tam nie było - pleciony kubraczek, i pod stołem koszyczek...
Odebrałyśmy Duże i od razu widać było, że do Dużego Mikołaj nie dotarł. Humor Duże miało fatalny. Rozpłakało się, bo dużo lekcji do odrobienia. Bo nie zjadło kanapki. Bo tata będzie krzyczał. Bo życie jest ogólnie podłe. Awanturowało się całą drogę do domu i zaraz potem też. Po wejściu do domu przelało Duże całą swoją złość na Małe. Bo Małe stało nie tam gdzie trzeba, bo złośliwie śpiewało (chyba znowu "Entliczek-pentliczek"), bo obrzydliwie się cieszyło, a tu tyle lekcji i jest okropnie...
Duża stała w przedpokoju i darła się, zalewając się łzami i purpurowiejąc z chwili na chwilę i na to przylazło Małe, ściskając coś w łapce. Ujrzałam, jak pieczołowicie coś dydoli nożyczkami i po chwili z rozmachem wręczyło siostrze zwinięty arkusik. Siostra nie ustawała w awanturze, odsądzając młodszą siostrzyczkę od czci i wiary i opędzając się od niej z furią. Młodsza siostrzyczka jednak nie dała za wygraną i zapłakanej, pełnej złości siostrze starszej wetknęła przemocą w rękę ten udydolony arkusik.
To była połowa jej naklejek z motylkami...

Widzę to ciągle i - właściwie bez sensu - serce mi pęka. Że tak można. Że ja tak nie umiem. Że powinnam się od nich uczyć. Że prawdziwy Święty Mikołaj przychodzi w przebraniu wrednej młodszej siostrzyczki, którą chciałoby się udusić.

niedziela, 6 grudnia 2009

Nie mam czasu

Pisze pracę z psychologii. Robię kalendarz. Sprawdzam własne klasówki i cudze designy. Ba - nawet okna umyłam. Na nic nie mam czasu właściwie, mój kręgosłup się zbuntował, więc jeszcze po lekarzach latam.
No i dlatego nie piszę.
Jak się zbiorę, to napisze o świątecznych słodyczach.
A na razie najprawdziwszy demot, jakiego ostatnio widziałam.


środa, 2 grudnia 2009

Trivia

Zrobiłam sobie do pracy aż dwie sałatki. Jednej nawet została mi odrobina na jutro - nowatorskie połączenie brokuła, selera naciowego i pomidora. Mam nadzieję, że zawiera ono jakąś witaminę.
Zdumiewająco smakowała mi druga kawa, którą wypiłam dzisiaj z musu, żeby nie zasnąć podczas kończącej 10-godzinny dzień pracy poprawy wszelakich klasówek. Nie lubię kawy - a jednak. Może to tak jak z wódką, ponoć każdy następny kieliszek smakuje lepiej. Ale, chwała Bogu, poza drugą kawę (jak również poza drugi kieliszek) jeszcze nigdy nie wyszłam.
Zobaczyłam się z tatą i nawet porozmawiałam z nim o całej tej wstrętnej sytuacji. O dziwo, była to rozmowa rozsądna, szczera i w sumie owocna. Na razie nie podjęliśmy żadnych decyzji, ale droga jest, że tak powiem, otwarta. Wierzę, że będzie dobrze. Jakkolwiek by nie było.
Mojego bratanka z jego piętą zmontowaną na dwa gwoździe wypuszczą ze szpitala już jutro. Chwała Bogu, najwyraźniej bez gronkowca albo innego draństwa.
Powietrze na rogu, przy przystanku, na którym wysiadłam wracając do domu, pachnie - jak zazwyczaj - świeżo upieczonym chlebem i drożdżowym ciastem.
A jutro będzie nowy dzień.
A droga wiedzie w przód i w przód...

wtorek, 1 grudnia 2009

O, tak się czuję!



PS. Zapewne już wszyscy zauważyli, że nauczyłam się wstawiać filmiki. Od dawna o tym marzyłam i zamierzam korzystać z nowej umiejętności bez ograniczeń, a co!

Wredny Święty

Scenka przedszkolna:

Na ławeczce siedzi dwójka rodziców. ich synek, z pierwszej grupy, rzewnie płacze, że nie chce leżakować. Nawet nie to, że się awanturuje - marudzi i płacze.
Na co jego mama:
- No dobrze, skoro tak, to ja dzwonię do Świętego Mikołaja...

Otworzył mi się w kieszeni nóż, równy rozmiarem temu od Krokodyla Dundee. Pewnie - najlepiej nie tylko zamknąć dziecku gębę groźbą braku prezentów na Święta, ale jeszcze wyłgać się od poczucia winy tym, że to przecież Święty Mikołaj. Taka sama potwora, jak Bóg w opinii niejednego Chrześcijanina - siedzący na tym swoim obłoczku i z obrzydliwą satysfakcją notujący każdy grzeszek, żeby potem kazać za niego płacić długo i boleśnie.

Nie wiem, czy Baby jeszcze wierzą w Świętego Mikołaja. Wydaje mi się, że tak. Co roku powracamy do tematu i co roku im tłumaczę, że obdarowywanie się prezentami na Wigilię jest pamiątką po pewnym biskupie, który starał się pomagać ludziom, oddając im to, co miał. I że dzisiaj Święty Mikołaj działa rękami innych ludzi - że to my dajemy sobie prezenty i że robimy to dlatego, że się kochamy. I że one muszą być anonimowe, bo wtedy nie chodzi o to, kto co komu dał, tylko o to, żeby każdy miał powód do radości. Że w ten właśnie sposób działa Święty Mikołaj - sprawia, że staramy się sprawić radość tym, których kochamy.

Ja wiem, że jestem głupia i dziecinna z tą wiarą, że tak trzeba. Że zawsze mam łzy w oczach, kiedy w byle kreskówce (jak w "Niko" ostatnio) otwiera się brama i wyjeżdżają zaprzężone w renifery sanie pełne prezentów. Ja wiem, że to jest ckliwe i przesłodzone.
Ale wiem również, że prawdziwe. Wiem, bo Nusiaka w tej chwili bardzo zaprząta problem Mikołajek. Uczenniczka pamięta jeszcze z przedszkola, że w swoje imieniny Święty Mikołaj wpada na chwilę, żeby przypomnieć, że zbliża się Gwiazdka i czas się do niej przygotować. Więc Nusiak się przygotowuje do tych Mikołajek. Nie, nie wygłaszając długie listy tego, co chce dostać - u nas prezenty daje się dopiero na Gwiazdkę, w Mikołajki to może być najwyżej czekoladka wsunięta do kapcia.
Ale Nusiak przejął siętym, ze to są przecież imieniny Świętego Mikołaja. Więc, ślicznie zapakowany, czeka już na niego prezent, który Duże robiło w wielkiej tajemnicy, żeby Święty czasem nie podejrzał. I żeby w te swoje imieniy on tez dostał jakiś prezent.
Nie pomyliłeś się, Święty Mikołaju. Nie odbieraj, proszę, głupawych telefonów od bezmyślnych dorosłych. Pamiętaj, że w niejednym domu będzie leżał pieczołowicie wykonany prezent, specjalnie dla Ciebie. Od tych, którzy wierzą, że o nich pamiętasz co roku i wiedzą, dlaczego.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Na rozgrzewkę

Jak dooobrze wstać, skoooro świt!
Jutrzenki blask duszkiem pić...

Zaraz, jakiej jutrzenki? Jak wstawałam, ciemno było. Mimo to baby wstały raźno, nie pokłóciły się i dotarły do miejsc przeznaczenia w różowych humorkach. Mój też niczego sobie, tylko ziewam jak krokodyl.
Mała dawka elementów rozruszywujących i do roboty!



sobota, 28 listopada 2009

Orfeuszu, gdzie jesteś?

Wizji Trelińskiego nie rozumiem. Muzyki Glucka, mdławo-salonowej, też nie. Muzyka ma się nijak do rzekomo opowiadanych emocji. Eurydyka jest histeryczną neurotyczką, która od pierwszych chwil po opuszczeniu Hadesu narzeka i narzeka. Orfeusz głownie gapi się przed siebie, śpiewa jakby ni w pięć, ni w dziewięć, a zamiast pocieszyć wystraszoną Eurydykę, każe jej się zamknąć, czy jakoś tak. Obiecuje podążyć za nią, ale nie ma odwagi dziabnąć się kieliszkiem jak ona.
Warto to było zobaczyć z dwóch powodów. Pierwszym jest Olga Pasiecznik. Ona umie śpiewać. Nawet dość nijakie partie Eurydyki nabierały w jej ustach jakiegoś wyrazu. Wprawdzie jej tarzanie się po meblach i smarowanie wszystkiego krwią były miejscami nieco przesadne, ale zakładam, że to koncepcja reżysera, a nie autorski wymysł samej śpiewaczki.
Druga rzecz to piekło. Orfeusz nie zstępuje do Hadesu - to piekło przychodzi do niego pod postacią ukochanej, która najpierw pojawia się za szklaną ścianą łazienki, w której trzepocze się jak ćma. Po chwili widać drugą, trzecią... niezliczone Eurydyki w krwawych sukniach miotają się po scenie, w obłąkanym korowodzie odtwarzając raz po raz swoją śmierć, bez końca... Tu określenie autora streszczenia z operowego programu trafia w dziesiątkę - Eurydyka staje się upiorem. Orfeusz nie potrzebuje spotykać piekielnych larw - jego piekło zaludnia mu umierająca w nieskończoność ukochana.
Zdjęcie ze strony teatru Wielkiego

Eurydyko

O, nieznajoma, piękna pani!
Twe oczy, usta, twoje włosy...
My jeszcze wcale się nie znamy,
ale już mamy siebie dosyć.
Czy to ty zbiegłaś w dół po schodach,
gdym nagle drzwi otworzył w lęku?
Za późno, przebacz, jaka szkoda...
do dziś powietrza garść mam w ręku.

Eurydyko,
nie czekaj na mnie,
powoli o tobie zapominam.
Eurydyko,
życie nas łamie,
od nowa się nigdy nie zaczyna.
Eurydyko,
gdzież ciebie znajdę?
Serce z żalu podbiega do gardła.
Eurydyko,
nie czekaj na mnie,
ja nawet nie chcę wiedzieć, czyś umarła!

Do jednej nie mam nienawiści,
drugiej nie kocham, wiem na pewno.
Ta trzecia czasem mi się przyśni...
a może czwarta? Wszystko jedno.
Natomiast ta mi się podoba.
O, biedne serce me, co radzisz?
Zaczekaj, duszko! dokąd droga?
W tę samą stronę Bóg prowadzi!

Wszak dawno były zaślubiny?
Rozdarta zębem śpi poduszka.
Chociaż nie miejsce to na kpiny,
bez żalu dziś wychodzę z łóżka.
O, nieznajome i niczyje,
po zmarłych snach wesołe wdowy!
Gdy wam się zdaje, że pies wyje,
to właśnie mój słyszycie skowyt.

Eurydyko,
nie czekaj na mnie,
powoli o tobie zapominam.
Eurydyko,
życie nas łamie,
od nowa się nigdy nie zaczyna.
Eurydyko,
gdzież ciebie znajdę?
Serce z żalu podbiega do gardła.
Eurydyko,
nie czekaj na mnie,
ja nawet nie chcę wiedzieć, czyś umarła.
Andrzej Jarecki


Wołanie Eurydyki

Orfeuszu, gdzie jesteś?
Pomyliłeś znów piętra
Ja Cię czekam, na ziemi
Piętro niżej od piekła

Tutaj wszystko jest czyjeś
Tylko łzy są niczyje
Orfeuszu, na ziemi się żyje
Orfeuszu, na ziemi sie żyje

Orfeuszu, mężczyźni
Przybierali twą postać
Tyle rąk, tyle ust, tyle rozstań

Orfeuszu, przebaczysz
Przecież sam tak śpiewałeś
Tylko drzewa potrafią być same
Na tej ziemi piętro niżej od piekła

Orfeuszu, kłamali
Skradzionymi słowami
Które tobie ukradli - kochany
Trzeba było je chronić
Teraz znają je wszyscy
Powtarzają je, kiedy chcą niszczyć

Orfeuszu, gdzie jesteś?
Pomyliłeś znów piętra
Ja Cię czekam na ziemi
Piętro niżej od piekła

Orfeuszu, gdzie błądzisz?
Piętro niżej zjedź windą!
Orfeuszu, nie zdążysz
A za chwilę znów przyjdą
A za chwilę znów przyjdą!

Orfeuszu, za późno!
Patrzysz: czemu tak pusto?
Orfeuszu! Zabiło mnie lustro!
Jonasz Kofta